List otwarty do redakcji Krytyki Politycznej

Zwracamy się do Redakcji Krytyki Politycznej z wnioskiem o wycofanie artykułu autorstwa Piotra Nowaka o tytule “Otyłe dziecko – szczęśliwe dziecko. Gdzie kończy się ciałopozytywność, a zaczyna obłęd?” lub publikację sprostowania opartego na aktualnej wiedzy medycznej i psychologicznej oraz zamieszczenie linku do niego na początku oryginalnego artykułu. 
Publikacja ta w sposób rażący narusza standardy rzetelności dziennikarskiej oraz etyki, normalizując stygmatyzację osób chorych na otyłość pod pozorem troski o zdrowie publiczne, stosując manipulacyjne taktyki erystyczne oraz prezentując prywatne poglądy Autora, niepoparte jego wiedzą specjalistyczną czy konsultacją z osobami eksperckimi, jako obiektywne fakty.

Tekst redaktora Nowaka posługuje się językiem pogardy, który w świetle współczesnej psychologii zdrowia jest uznawany za szkodliwy i przeciwskuteczny. Badania publikowane w przeglądach naukowych jednoznacznie wskazują, że stygmatyzacja i zawstydzanie osób z wyższym BMI nie motywują do zmiany nawyków, lecz nasilają zaburzenia odżywiania i zwiększają poziom kortyzolu, co biologicznie utrudnia leczenie choroby otyłościowej.

Fatfobia to nie tylko jawna niechęć, ale też używanie języka medycznego do odhumanizowania osób grubych lub redukowania ich tożsamości wyłącznie do jednostki chorobowej. W swoim tekście autor stosuje określenia takie jak „zdegenerowane rejony”, „patologiczny brat”, czy porównywanie osób walczących z dyskryminacją osób grubych do „sekty” lub opisywanie ich jako „ćpających self-love”. Efektem takich językowych zabiegów – zamierzonym lub nie – jest prymitywizacja osób grubych i patologizacja osób aktywistycznych.

Opisywanie perspektywy śmierci i chorób w sposób drastyczny i ironiczny „Zanim znajdzie się na cmentarzu, czeka go tournée po przychodniach i stołach operacyjnych” nadaje cierpieniu osoby chorej na otyłość charakteru widowiska, którym z oczywistych względów nie jest. Natomiast stosowanie sformułowań typu ludzie o normalnej sylwetcewskazuje, że autor posługuje się stereotypowymi normami, przez które osoby grube są marginalizowane, a ich problemy są bagatelizowane. Autor niefrasobliwie miesza w tekście kwestie zdrowia i choroby, różnych wartości BMI, sylwetki oraz masy ciała, co nie byłoby problemem w prywatnej, potocznej wypowiedzi, razi natomiast w sytuacji, gdy Autor stawia się w roli arbitra kompetentnego do oceny naukowości wypowiedzi przedstawicieli ruchu grubancypancyjnego.

Autor odbiera podmiotowość osobom otyłym twierdzeniem, że otyłość to „klatka zbędnych kilogramów”, a próba akceptacji siebie w tym stanie to „urządzanie sobie wygodnego loftu”. Sugeruje, że osoba gruba nie ma prawa do dobrostanu psychicznego, dopóki nie schudnie, czyli nie wydostanie się z klatki.

Agresywne metafory „promieniotwórczego reaktora” lub „wódy i szlugów” zrównują otyłość z wojenną destrukcją, patologią społeczną lub świadomym nadużywaniem substancji psychoaktywnych. Przypominamy natomiast, że otyłość jest chorobą, a nie estetycznym widzimisię.

Autor przeprowadza również atak na dzieci i rodziców. Nazywa dziecko z nadwagą „słodkim bobo, które realizuje swoje pragnienia” w kontekście „karmienia złudzeń” sugeruje zaniedbanie i patologię wychowawczą bez uwzględnienia złożonych przyczyn otyłości dziecięcej (genetycznych, ekonomicznych czy psychologicznych). Kategorycznie, z wysokości katedry tzw. chłopskiego rozumu, bo nie popierając swoich ocen nie tylko danymi czy wypowiedziami autorytetów, ale w ogóle żadną argumentacją, ocenia wypowiedzi aktywistek (nie wskazując źródeł, a w większości przypadków nawet autorek wypowiedzi, co utrudnia merytoryczną kontrę), jako zagrażające zdrowiu dzieci i działające na ich szkodę. 

Wśród wypowiedzi, które oburzyły Autora, wymieniona zostaje m.in. krytyka pomiarów masy ciała uczniów przeprowadzanych w szkole, podziału jedzenia na “zdrowe”, które można spożywać bez ograniczeń i “niezdrowe”, którego należy sobie odmawiać, czy też informowania dzieci o tym, że ich masa ciała nie mieści się w pożądanych wartościach i serwowania im diet odchudzających. Gdyby Autor pokusił się o wyjście poza ideologiczne zacietrzewienie, a najlepiej na kontakt z osobą ekspercką w temacie, mógłby zrozumieć, że jego krytyka jest w najlepszym wypadku nadmierna, a w najgorszym – kompletnie bezzasadna

Szkoła nie jest najlepszym miejscem do pomiaru masy ciała dzieci. Jest on w tej chwili prowadzony w gabinetach lekarzy rodzinnych, którzy – w przeciwieństwie do pracowników szkoły – mogą od razu skierować dziecko na dalsze badania i konsultacje specjalistyczne. Pomiary prowadzone w szkole są w tej sytuacji jak najbardziej przemocowym działaniem nadmiarowym, pozorowaniem rozwiązania problemu, przy okazji stwarzającym ryzyko wielu innych, z nasileniem przemocy rówieśniczej wobec dzieci o większej masie ciała włącznie. 

W przypadku podejrzenia zaniedbania dziecka przez opiekunów pracownicy szkoły nie potrzebują pomiaru masy ciała, żeby zawiadomić odpowiednie instytucje. Podobnie można przeanalizować każdy z postawionych przez Autora zarzutów – nie sposób uwierzyć, że wynikają one z niczego innego jak ignorancja lub zła wola.

Tym bardziej oburzające jest w tym kontekście wybranie tematu dzieci (którego w rzeczywistości dotyczy jedynie jeden z ośmiu akapitów) do tytułu tekstu i ilustrującego go kolażu. Budzi to skojarzenia z konserwatywną nagonkę na inne grupy marginalizowane, jak osoby homoseksualne, którym usiłuje się przypisywać skłonności pedofilskie, czy osoby transpłciowe, które spotykają się z zarzutami propagowania “ideologii trans” wśród dzieci w celu rzekomego nakłaniania ich do tranzycji. Krzywda dzieci budzi emocje, mobilizuje do sprzeciwu i walki. W tekście brak jednak jakichkolwiek dowodów na to, że ruch body positivity, czy to w swoich “umiarkowanych”, czy “skrajnych” formach, wyrządza komukolwiek jakąkolwiek krzywdę.

Stosowanie fałszywych analogii i podważanie naukowych podstaw tożsamości płciowej nadaje tekstowi również wydźwięku transfobicznego. 

Autor drwi z terminologii inkluzywnej, pisząc: „ich twórczość rodzi całe katalogi nowych “płci””. Stawianie cudzysłowu przy słowie „płci” sugeruje, że tożsamości te są wymyślone lub nieprawdziwe. To typowe elementy podważania tożsamości płciowej (deprecjonowania), którego osoby transpłciowe doświadczają na co dzień.

Sformułowanie „jakby choroba metaboliczna była odpowiednikiem chromosomów” jest klasycznym argumentem esencjalistycznym, który sprowadza płeć wyłącznie do biologii (chromosomów), ignorując współczesną wiedzę medyczną i psychologiczną na temat różnicy między płcią biologiczną a tożsamością płciową (gender). 

Poza zadaniem szerokiego wachlarza językowych ciosów, autor tekstu popełnia kilka nieścisłości, które w kontekście całości tekstu zdają się spełniać kryteria manipulacji.

Redaktor Nowak twierdzi, że ruch Health At Every Size (HAES) mówi, iż „bilans kaloryczny nie wpływa na wagę”. Tymczasem HAES skupia się na „intuicyjnym jedzeniu” i poprawie parametrów zdrowotnych (ciśnienie, cukier) bez fiksacji na cyfrach na wadze, a nie na negowaniu praw termodynamiki.

Natomiast przywołanie śmierci Cat Pausé (która zmarła w wieku 42 lat), jako dowodu na błędność jej ideologii, jest błędem logicznym (anecdotal evidence). Przyczyna śmierci nie została podana do publicznej wiadomości, a nawet gdyby była ona znana i powiązana z masą ciała naukowczyni, trudno powiedzieć, co miało by to udowodnić. Nagła śmierć osoby grubiej nie zawsze jest bezpośrednim skutkiem wagi, a użycie jej zgonu jako retorycznego „zwycięstwa” w dyskusji jest etycznie wątpliwe.

Autor sugeruje, że ruch body positive zakazuje leczenia. W rzeczywistości większość głównego nurtu ciałopozytywności postuluje health-first, czyli dostęp do godnej opieki medycznej bez uprzedzeń lekarza (tzw. weight bias), co w rzeczywistości sprzyja leczeniu, a nie mu zapobiega. Osoby grube w roli samorzeczników często odnoszą się właśnie do swoich problemów z uzyskaniem adekwatnej pomocy medycznej, wskazując opiekę zdrowotną jako jeden z głównych obszarów dyskryminacji i wykluczenia.

Autor twierdzi, że systemowi „opłaca się” otyłość, bo osoby te nie dożyją emerytury. Jest to sprzeczne z wcześniejszym argumentem o ogromnych kosztach leczenia (40 mld zł), które obciążają budżet państwa i gospodarkę (absencje chorobowe). Systemowi najbardziej opłaca się obywatel zdrowy i długowieczny, który pracuje i konsumuje.

W tekście opublikowanym przez społecznie zaangażowane medium, jakim wydawała się dotąd Krytyka Polityczna, zdumiewa cyniczne i manipulacyjne prezentowanie kwestii przywileju i opresji. Wskazanie przywilejów, którymi osoby o pożądanej masie ciała czy sylwetce, cieszą się w społeczeństwie, urasta w oczach Autora do rozmiarów ideologicznego pręgierza, na którym osoby o BMI mieszczącym się w medycznych normach są zawstydzane i wpędzane w poczucie winy. 

Jest to dokładnie ta sama strategia ośmieszania i demonizacji aktywistów działających na rzecz innych grup nieuprzywilejowanych np. ekonomicznie, rasowo czy też ze względu na płeć.Nie sposób uniknąć skojarzeń np. ze środowiskami przekonującymi młodych mężczyzn, że feminizm istnieje w celu zawstydzania ich z powodu ich płci i zmuszania za pomocą poczucia winy do wstydliwego poddaństwa względem kobiet.

Zdumiewa również jednoznaczne powiązanie ruchu body positivity z kapitalizmem w świecie, w którym wartość biznesu beauty zbliża się do 700 miliardów dolarów. Trudno powiedzieć w jaki sposób kapitalistyczny rynek miałby zarabiać na popularyzacji akceptacji dla własnego wyglądu i masy ciała. 

Tymczasem tylko sami mieszkańcy Polski w 2024 roku wydali 1,5 miliarda złotych na dostępne w aptekach leki na odchudzanie – a kwota ta nie zawiera przecież wielu produktów spożywczych czy suplementów diety nabywanych w innych miejscach w tym samym celu. Średnie ceny leków z tej grupy wzrosły między 2020 a 2024 ponad czterokrotnie. Należałoby również oszacować na ile na niezadowoleniu ludzi z masy i wyglądu swojego ciała zarabia branża fitness, której roczne przychody zbliżają się do 100 miliardów dolarów.

Nakłanianie konsumentów do wątpienia w swoją urodę i dążenia do zmiany wyglądu na bardziej zgodny ze społecznymi oczekiwaniami, w tym do zmiany sylwetki i masy ciała, wydaje się jednak lepszym pomysłem na biznes. Niestety, Autor nie wyjaśnia w jaki sposób body positivity miałoby jego zdaniem skłaniać grube osoby do akceptacji późnokapitalistycznej rzeczywistości, ani w jaki sposób osoby zajęte kontrolowaniem swojej diety i poziomu aktywności fizycznej miałyby być bardziej skłonne do refleksji nad zastanym systemem i buntu wobec niego.

Media mają wpływ na poziom wrażliwości publikowanych tekstach. Dawanie autorom przestrzeni na szerzenie narracji opartej o zawstydzanie i pseudonaukowe uproszczenia realnie szkodzi procesom terapeutycznym tysięcy osób w Polsce. 

Czy ten artykuł był przydatny?
Tak 👍Nie 👎

Sprawdź podobne artykuły

Feminizm

Dlaczego Manifa jest spoko, a policja nie 

Czas czytania: 5 min. Co można dostać od polskiej policji na Dzień Kobiet? Burdę na Manifie. To jest prezent od granatowych, który świetnie pokazuje nam czym jest szacunek wobec kobiet w praktyce.

Bądź na bieżąco!

Zapisz się na nasz nowy newsletter, aby dostawać wiadomości bezpośrednio na swoją skrzynkę elektroniczną. Zostańmy w kontakcie!

Skip to content